Narzekanie i marudzenie już jakiś czas temu weszły w poczet naszych cech narodowych – oprócz skłonności do alkoholu, braku tolerancji i zaściankowości. Wrosło to w naszą skórę tworząc coś w rodzaju płaszcza przez który nie sposób się przedostać do środka, nawet przy użyciu mocnych argumentów. Jeśli jesteś zagorzałym patriotą, który broni zachowań obywateli tego kraju nawet, gdy nie ma ku temu podstaw – nie polecam tego artykułu.
Czytasz dalej, być może dlatego, że masz trochę dystansu do krytyki – być może nawet dla swoich własnych postaw – i jest to pierwszy krok, by coś w sobie zmienić. Postaram się unikać tutaj moralizatorskiego tonu. Bardziej zależy mi na tym, by pozbyć się własnych frustracji nabytych wraz z obserwowaniem Polaków podczas dwutygodniowego pobytu na południu Turcji.
Polacy nie potrafią cieszyć się chwilą. Cóż, czasem mam wątpliwości, co do tego, czy potrafią cieszyć się tak w ogóle. W każdej sytuacji zamiast widzieć pozytywne strony doszukują się wad i uchybień. Jeśli jesteście osobami, które uważają, że nie potrzeba im niewiele więcej niż błękitne niebo musicie zdać sobie sprawę z tego, że jesteście w mniejszości. Lista zażaleń jest dosyć długa, więc przejdę do konkretów.
„Jest za gorąco” – jest to oczywiście bardzo logiczny argument zważywszy na to, że ktoś wybrał się do krajów takich jak wspomniana Turcja, Egipt czy Tunezja. Oczywiście ludzie mają prawo czuć się najlepiej w temperaturze dziesięciu stopni Celsjusza, jednak, co – do cholery – robią w takim razie na wakacjach w rejonie Morza Śródziemnego? Czyżby przewodniki nie informowały, że są to okolice, gdzie temperatura dochodzi do 40 stopni?!

Jedną z rzeczy, których nie potrafię zrozumieć jest fakt, że ludzie przed wyjazdem w ogóle nie interesują się tym, gdzie jadą. Zanim wyruszyłam na wakacje wiedziałam już wszystko na temat tego, co oferuje hotel (łącznie z godzinami posiłków), w którym mam przebywać oraz co można zobaczyć w okolicy. Tymczasem znajomi potrafią powiedzieć „Wylądowaliśmy na zadupiu”, czy to znaczy, że przed zarezerwowaniem wczasów nie sprawdzili, czy ta miejscowość jest bogata w atrakcje turystyczne, czy też pilot samolotu musiał lądować awaryjnie i zostawił ich na zupełnym pustkowiu? Z przykrością stwierdzam, że prawidłowy jest powód numer jeden. Ludzie bardzo często rezerwują wakacje patrząc tylko i wyłącznie na cenę – dzieje się tak przede wszystkim wtedy, gdy są to oferty last minute. Widzą nagłówek „Turcja już od 1600 zł” i klikają „rezerwuję”, a potem otwierają usta ze zdziwienia, gdy okazuje się, że standardy są niższe niż się spodziewali.
Sama wiem, że porządne biura podróży nie ukrywają przed swoimi klientami tego, co oferuje dany hotel. Lojalnie informują: „dwie restauracje, basen, lokalne alkohole” itp., gdy coś konkretnego nas interesuje, czy nie wystarczy zapytać „Czy zapewniane są rozrywki typu wieczorne dyskoteki?” lub „Czy można zrobić kurs nurkowania?” Zamiast zadania tych prostych pytań wielu amatorów rozrywki woli potem na miejscu narzekać „…i nawet nie zapewniają animacji!” Rozumiem sytuacje, gdy zostaliśmy oszukani/wprowadzeni w błąd, gdy np. w biurze powiedzieli, że hotel jest przy plaży, a na miejscu okazuje się, że plaża owszem jest, ale trzeba na nią dojechać specjalnymi busami, które są dodatkowo płatne. Jednak, jeśli jesteśmy uczciwie poinformowani, że do plaży mamy 900 metrów, to czy nasze marudzenie na tę „okropną odległość” jest uzasadnione?

Kolejnym i jednym z głównych zażaleń jest kuchnia. Kuchnia śródziemnomorska jest jedną z najzdrowszych na świecie. Oferowano nam głównie sałatki ze świeżych warzyw, lekkie sosy na bazie jogurtu, drób i ryby. Cóż, nie jest to wymarzona sytuacja dla amatorów schabowego i kiełbasy, ale czy aby nie jedziemy do innego – często egzotycznego – kraju także po to, aby poznać lokalną kuchnię? Jeśli chcemy jeść to, co na co dzień, to może po prostu pojedźmy do Chałup? Kromka z pasztetem i mielonka z puszki i po problemie. Wspominałam o sałatkach. Na obiad czy kolację (za każdym razem) było ich około dziesięciu sztuk. Jakie jednak słyszeliśmy pretensje? „Sałatki ciągle się powtarzają” – cóż, dziwne, żeby przez dwa tygodnie codziennie było serwowanych dziesięć całkiem nowych sałatek. Ciekawe, czy u siebie w domu też mają taki wybór. Wracając do kurczaka (serwowanego na wiele sposobów: grillowany, pieczony, gotowany, w warzywach, na ciepło, na zimno…): czy to, że Staszek lub Józka nie lubią drobiu znaczy, że mają prawo krzyczeć na szefa kuchni, który właśnie przygotowuje dania, które tam są na porządku dziennym? A więc statystyczny Kowalski twierdzi, że może. Tak samo jak może mieć pretensje, że we Włoszech podają mu makaron zamiast ziemniaków. Jednak to przyzwolenie jest mu udzielane tylko przez siebie samego.

Wracając do moich osobistych doświadczeń. W hotelu byliśmy trochę po godzinie 13-stej. Doba hotelowa kończy się o 12, co oznacza, że dopiero o tej godzinie obsługa ma prawo poprosić gości, żeby opuścili pokoje. Razem z nami przyjechało około 70 osób, nietrudno więc obliczyć, że obsługa prawdopodobnie w ciągu godziny musiała przygotować jakieś 35 pokoi (goście przyjeżdżali i odjeżdżali każdego dnia), jest to oczywiście ekstremalna sytuacja, możliwe, że tych pokoi akurat tego dnia o 12 zwolniło się powiedzmy „tylko” 10. Jednak jak można sobie wyobrazić może wywołać to wśród personelu trochę zamieszania. Na spotkaniu informacyjnym z rezydentką po pytaniu „Czy macie Państwo jeszcze jakieś pytania?” słyszymy jednak oburzony głos mężczyzny w średnim wieku. „Chciałbym złożyć reklamację! Jestem oburzony tym, co zaszło. Gdy przyjechaliśmy musieliśmy czekać pół godziny na posprzątanie pokoju! Przygotuję pismo i chcę, żeby Pani mi je podpisała”. Chcę zauważyć, że na 70 osób zdarzył się tylko jeden nieprzygotowany pokój na który trzeba było czekać pół godziny, a nie pół dnia. Rezydentka spokojnie wytłumaczyła, że może podpisać taką reklamację jednak tylko, gdy zostanie ona sporządzona na dokumentach z biura podróży. Mężczyzna odetchnął wtedy z ulgą informując wszystkich zgromadzonych, że to dobrze, bo gdy ostatnio składał reklamację, to bez podpisu rezydenta nie chcieli jej uznać. Gdy usłyszeliśmy, że ten pan najwyraźniej ma spore w tym doświadczenie wszyscy zaśmialiśmy się głośno… Nie wiem, czy ten pan liczy na 10% zwrotu za zapłacone wakacje, czy też robi to z innych niezrozumiałych zapewne dla mnie powodów, jednak na przyszłość radzę mu, żeby te okropne pół godziny spędził w barze, gdzie zaserwują mu darmowy alkohol, może uda mu się odrobinę zrelaksować.
Co robią Polacy, by umilić sobie pobyt w hotelu, który przecież – mimo czterech gwiazdek – wygląda jak nora, a jedzenie jest wprost obrzydliwe? Kombinują. Samo kombinowanie nie ma w sobie nic złego, czasem wychodzi na dobre wcale nie czyimś kosztem i jest nawet śmieszne, jednak to, co usłyszeliśmy od pewnej pary podczas jednej z kolacji nie jest zabawne, tylko żałosne. Zaraz po tym jak ponarzekali dosłownie na wszystko zaczęli z dumą opowiadać, że niedaleko od naszego hotelu jest wielki kompleks, który ma opaski (informujące o tym, że posiada się opcję all inclusive) w takim samym kolorze jak nasze. Myśleliśmy, że spędzili tam jedną dyskotekę i wrócili do miejsca za które zapłacili. Niestety nie. Spędzili tam większość swoich wakacji. Chodzili tam na posiłki, ciesząc się, że tam mogli wybierać je z karty dań i, że raczyli się tam drinkami takimi jak „Sex on the beach”, podczas, gdy u nas serwują tylko „marny” gin i whisky. W tamtym hotelu wszystko było takie „och, piękne”, „och, cudowne” i „och, za darmo”, bo kręgielnia, bo większy basen, bo animacje. Wyobraźcie sobie, że ten hotel jakimś cudem posiadał nawet piaszczystą plażę (mimo, że w naszej miejscowości tak naprawdę wszystkie plaże były kamieniste), gdzie odległości między jednym, a drugim leżakiem wynosiły, uwaga, 4 metry! Sprawdziliśmy – ta para byłaby całkiem niezła w pisaniu bajek dla dzieci. Wróżę im całkiem niezłą karierę w tej dziedzinie. Zapytałam, więc w którymś momencie ile – ich zdaniem – kosztują tam wakacje, uczciwie odpowiedzieli podając cenę trzykrotnie wyższą niż oni zapłacili za swoje wczasy. I tutaj przedstawia się kolejny problem: Polacy wymagają najwyższych standardów za najniższą cenę. Przecież mają do tego pełne prawo – są w końcu takimi światowymi ludźmi! Ach, ta znajomość języków obcych, nie raz słyszałam jak pięknie mówią „parasolkę, plis”, no i kto by się przejmował różnicą między „fourteen”, a „forty”. Widać i słychać ich wszędzie, szczególnie wtedy, gdy wchodzą za bar i sami – bez pozwolenia – nalewają sobie wódki do szklanek i w stanie totalnego upojenia alkoholowego zjeżdżają do basenu, a potem leje im się krew z nosa. Przecież Polacy tak świetnie potrafią się bawić. Taa… a potem dziwimy się dlaczego zagranicą ludzie krzywo się na nas patrzą.
Co jeszcze przeszkadza Polakom na wakacjach? W krajach arabskich jest to na przykład nawoływanie z meczetów. W kraju są przyzwyczajeni do bicia dzwonów z kościołów, które informują o zbliżającej się mszy i wykazują zrozumienie, jednak, gdy „inna i obca” religia ma swoje zwyczaje jak przypomnienie o modlitwie jest to całkiem inna historia. To, że w Kairze jest brudno znajduje się również na liście skarg i zażaleń. Owszem są osoby, które chcą żyć w sterylnych warunkach i przebywać w luksusowych kurortach jednak do takich miast jedzie się w celu poznania tego jak żyją inni ludzie, a że żyją tak, a nie inaczej, to doświadczamy brudu, smrodu, głodu i ubóstwa. Co do ubóstwa w tych krajach jedna pani (żeby nie powiedzieć stara, zrzędliwa baba) stwierdziła, że obsługa traktuje nas okropnie (szczerze mówiąc nigdy nie trafiłam na lepszych kelnerów i barmanów, którzy pomimo pracy po 14 godzin na dobę każdego dnia ani na moment nie przestawali się uśmiechać) – i była tym oburzona, bo przecież ci ludzie są biedakami! Naprawdę miałam w tym momencie w głowie wizualizacje jak w filmach – że wstanę i wyleję jej gorącą jeszcze zupę na wykrzywioną twarz. Ciągle nie wiem, czemu w takich wypadkach zachowuję się kulturalnie.
Podsumowując – czasem było mi wstyd, że jestem „from Poland” i prosiłam, by na mieście podczas zakupów mówili do mnie po angielsku niż łamanym polskim pomieszanym z rosyjskim. Czemu zamiast zachwycać się przepiękną pogodą, zdrową opalenizną, darmowym barem i przepysznym jedzeniem ciągle szukają powodów do narzekań? Dlaczego wciąż z nieuzasadnionych powodów składają reklamacje, a potem opowiadają znajomym, że ich wczasy były koszmarem? Cóż, być może dlatego, że ten wakacyjny koszmar tworzą sobie sami.
Tekst: Aneta Błażejczyk
- - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Chcesz na bieżąco znać kalendarz imprez i wydarzeń kulturalnych z powiatów: Bielsko-Biała, Pszczyna, Żywiec, Cieszyn?
Dopisz się do czwartkowego newslettera: Co ciekawego na ten tydzień?