„Co nas kręci, co nas podnieca”, to najnowsza produkcja filmowa W. Allena. Polska wersja tytułu tak naprawdę nijak ma się do oryginalnego, który brzmi: „Whatever Works”. Jednak trzeba zaznaczyć, że w jakimś stopniu intryguje i budzi ciekawość widzów. Tytuł niesie za sobą trochę sprzeczne skojarzenia, analogiczne do ckliwej komedii romantycznej. Na szczęście, to tylko pozory. „Co nas kręci, co nas podnieca”, to powrót Allena w wielkim stylu. Powrót do korzeni, gdyż po podróżach po Europie, wraca do Nowego Jorku. Sytuując ten film obok jednej z ostatnich europejskiej produkcji Allena „Vicky Cristina Barcelona”- moim zdaniem wypada ciekawiej.
Woody Allen, to mistrz ciętej riposty i specyficznego ujęcia rzeczywistości w krzywym zwierciadle. „Whatever Works”, to niejako reinkarnacja nowojorskiego wcielenia Allena. Jak w większości jego filmach, także i w tym w roli głównego bohatera można by obsadzić samego Allena. Odnajdujemy tu typowo „allenowski” humor, w którym jest mnóstwo cynizmu, ironii i wyśmiania elit. Potrafi on jak nikt inny, świetnie przedstawić i sprecyzować relacje damsko-męskie. Dostrzega fakt, przed którym niektórzy się wzbraniają-ludzkie życie determinuje sfera seksualna, która wydobywa z nas to, co staramy się ukryć.
Film, przedstawia historię emerytowanego fizyka Borisa i jego relacje z młodą, przypadkowo napotkaną dziewczyną Melody. Miała zostać w jego życiu na chwilę, lecz została na dłużej i w konsekwencji poślubiła głównego bohatera. Nie jest to jednak uczucie wieczne i początek sielanki. Jak okaże sie później, każde z nich znajdzie sobie innego partnera życiowego. Boris wiedzie życie odosobnionego od świata hipochondryka. Przekonany o sile swojego geniuszu (często podkreśla, że jest „prawie Noblistą”), gardzi ludźmi. Nie oznacza to jednak, że jest całkowicie samotny, otacza się bowiem przyjaciółmi. Są to ludzie podobnie do niego, również przekonani o sile swoich możliwości, indywidualiści. Ma pogardliwy stosunek do ludzi. Przebywanie w towarzystwie osób „mentalnie ograniczonych” męczy go. Ironista w każdym calu. Dyskusja z nim, to tak naprawdę monolog. Żeby sprostać jego ciętym ripostom, trzeba wzbić się na wyżyny intelektualne. To człowiek, który nie wierzy w nic.
Główny bohater - Boris, staje się komentatorem rzeczywistości. To outsider. Można go nawet porównać do romantycznego bohatera, odczuwającego ból istnienia. Ma dystans do swojej osoby, dostrzega absurdy otaczającego świata. Wielki pesymista, który zatracił wiarę w uczucia. Rozwodnik, mający za sobą nieudaną próbę samobójczą. Boris, to osoba do której ma się ambiwalentny stosunek. Z jednej strony docenia się jego intelektualizm, a z drugiej irytuje jego brak pokory. Wiedzie życie człowieka pełnego fobii i dziwnych, codziennych rytuałów (jak np. śpiewanie happy birthday przy myciu rąk). Te jednak cechy dają mu indywidualny charakter jego osoby, który jest nie do podrobienia. Dziw bierze, że tak nihilistyczny człowiek uległ w konsekwencji czarowi słodkiej, niezbyt błyskotliwej dziewczyny. Z drugiej zaś strony, przebywanie z tak nieukształtowanym, młodym umysłem, chłonącym jak gąbka jego mądrości, schlebiało mu. A on jako wielki mędrzec i narcyz, potrzebował kogoś kto będzie go słuchał i nie podważał jego racji.
Niespodziewane pojawienie się w życiu snobistycznego Borisa młodziutkiej Melody daje początek wielu zabawnym perypetiom. Do jego mieszkania bowiem przybywają rodzice Melody. I wtedy zaczyna się prawdziwa komedia i farsa. Przyjazd do Nowego Yorku całkowicie zmienia ich życie. Matka Melody, istna dewotka, zmienia pogląd religijny, odkrywa w sobie talent fotograficzny. Najważniejsza jest jednak inna zmiana. Jej preferencje seksualne ulegają największej metamorfozie. Zaczyna żyć w poligamicznym związku, przynależeć do bohemy artystycznej. Ojciec Melody, także odkrywa swoje skrywane wnętrze i wyzwala swoje homoseksualne preferencje. Cóż w tym dziwnego. W końcu, jak stwierdził Boris, wszyscy rodzimy się jako istoty biseksualne, a dopiero w dorosłym życiu zawężamy jedynie swój pociąg seksualny i kierujemy go na mężczyzn bądź kobiety.
Film zapewne wiele by stracił, gdyby nie fenomenalna gra Larry Davida (postać Borisa). To znany amerykański komik, specjalizujący się szczególnie w stand up, czyli w krótkim monologu przed publicznością. Tę cenną umiejętność mógł wykorzystać w „Co nas kręci, co nas podnieca”, w którym nie brakowało monologów głównego bohatera. Oglądając film trudno oprzeć się pokusie porównania Larry Davida z W. Allenem. Łączy ich zarówno podobieństwo fizyczne jak i mentalne. Na uwagę zasługuje także gra Evan Rachel Wood, która wcieliła się w postać Melody. Wyrazistość tej postaci, a zarazem lekkość w jaką wcieliła się w prymitywną, naiwną i podatną na wpływy dziewczynę była przekonująca. Wydaje mi się, że Evan Rachel Wood była jeszcze bardziej komiczna w kreacji „wyuczonej intelektualistki” niż prowincjonalnej dziewczyny.
Początek i koniec są ze sobą powiązane klamrą, gdyż film zaczyna się monologiem skierowanym do widza i tak też się kończy. Uważam, że dobrym i przemyślanym pomysłem było wprowadzenie takich interakcji. Myślę, że każdy lubi mieć poczucie współuczestnictwa i być bezpośrednim odbiorcą komunikatów, mimo iż ekran jest w tym wypadku ograniczeniem.
Najwięcej refleksji wymusiła we mnie końcowa konkluzja Borisa, która była jedną z wielu interakcji, skierowanych bezpośrednio do widza. Mianowicie chodzi o stwierdzenie, że każde napotkane przez nas w życiu szczęście jest przypadkowe i powinniśmy z niego korzystać i czerpać jak najwięcej się da. Dodam do tego jeszcze, że siła rażenia przypadku jest tak wielka, że nie sposób od niego uciec. W oczekiwaniu na wyimaginowane szczęście, musimy zadowolić się tym, co przynosi nam los. Miłość bywa ulotna, może zatem warto wierzyć w uczucie od pierwszego wejrzenia. W tym kontekście, jakże aktualne stają się słowa ks. Twadowskiego „...i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą...”.
Sądzę, że entuzjaści Allena oraz ci, którzy nie mieli jeszcze okazji zmierzyć się z jego twórczością, będą usatysfakcjonowani.
Katarzyna Handzlik