szukaj

Wywiad z Kubą Abrahamowiczem


Chcę być sobą - dorosłym, który szuka w sobie dziecka”

Wywiad z Kubą Abrahamowiczem

 

Jest Pan zdobywcą tegorocznej „Złotej Maski” w kategorii aktorstwo - rola męska. To sporo wyróżnienie, biorąc pod uwagę fakt, iż laureatów wyłania się spośród teatrów z 2 województw: śląskiego i opolskiego. Traktuje Pan zdobycie tej nagrody jako kolekcjonerstwo czy ma ona jakiś szczególny wymiar?

Jako kolekcjonerstwo - nie, a jako jakieś szczególne wyróżnienie - myślę, że tak. Przy odbieraniu tego rodzaju nagród towarzyszy mi speszenie. To miłe uczucie, a jednak trochę wybiórcze. Obejrzano 85 spektakli, co daje łącznie około 500 aktorek i aktorów. Znalezienie się w trójce nominowanych, to już jest ogromne wyróżnienie. Natomiast fakt, że „Złota Maska” stoi teraz u mnie w domu na pianinie jest przyjemny, ale zawdzięczam to zespołowej pracy. Spektakl teatralny jest wspólnym dziełem. Konkludując, to miłe wyróżnienie, ale nie przesadzałbym z tym, że wprowadza jakieś spektakularne zmiany w życiu.

 

Moje drzewko pomarańczowe”, to powrót do dziecięcych lat. Skąd dorosły człowiek znalazł w sobie tak przekonujące pokłady dziecięco uroku?

Była to istna retrospekcja do czasów dzieciństwa, powrót do lat, w których byłem takim małym Zeze. Na skutek tego przypomniały mi się moje wybryki, zachowania skrajne i niezrozumiałe, ale wynikające z fantazji. W tej roli gram z taką energią, którą miałem wtedy, gdy byłem małym chłopcem. To nie jest takie trudne, gdyż tego jak wejść w postać i ją zrozumieć uczą w Szkole Teatralnej. W przypadku grania dziecka nie chce jednak wydawać głosu przypisanego dzieciom, a chcę być sobą - dorosłym, który szuka w sobie (na oczach widza) dziecka. To bardzo ciekawa wycieczka w głąb siebie. Nie ma możliwości zrobienia tego dobrze bez kontroli, którą sprawuje reżyser. Robert Talarczyk pozwalał mi próbować różne warianty gry aktorskiej, a jednocześnie pilnował i kontrolował wszystko. To nie jest dzieło przypadku, stąd taki efekt.

 

Zaskakująca jest energia 5-letniego chłopca w dojrzałym mężczyźnie…

Nie można w teatrze uzyskać odpowiedź na jakieś pytanie, nie dając z siebie wszystkiego. Ta rola rzeczywiście wymagała dużej energii i witalności. Zdarza mi się, że gdy wchodzę do garderoby przed spektaklem „Moje drzewko pomarańczowe” jestem przerażony, przekonany, iż nie podołam fizycznie. Wiem jednak, że nie da się zagrać tej roli bez wejścia na sto procent swoich możliwości.

 

Scena ze spektaklu "Moje drzewko pomarańczowe"

 

Wprowadził Pan do sztuki pozytywny ferment, gdyż nie epatował Pan poczuciem litości, a radością z życia biednego chłopca, mimo przeciwieństw losu. Widz, po wcześniejszej lekturze książki może być zdziwiony takim przedstawieniem bohatera w sztuce. To Pana pomysł czy sugestia reżysera?

Myślę, że to był pomysł reżysera. On wyczuwa aktora i pozwala mu na wykazanie się w pewnych przestrzeniach, przy jednoczesnym zachowaniu kontroli. Trzeba kochać życie, pogodzić się ze swoim wiekiem, ze swoją sprawnością fizyczną. Kiedy patrzę na graną przeze mnie postać Zeze z dystansu, to dostrzegam w nim siebie, brykającego w młodości po Krakowie. To jest domena tego zawodu, że pokazujemy coś, czego nigdy byśmy nie pokazali, stajemy się kimś, kim nigdy byśmy nie byli. Jest w tym coś dzikiego, także musi to być pod pewną kontrolą (śmiech).

 

Każdy ma swoje „drzewko pomarańczowe”?

Każdy ma swoje „drzewko pomarańczowe”! Istnieją pewne reguły i granice, określające kto ma prawo zerwać pomarańcze z mojego drzewka. Niektórzy przycinają nam gałązki bez naszej zgody, innym razem ktoś za blisko buduje drogę i tym samym narusza nasze korzenie. To drzewko istnieje i trzeba o nie dbać, a także zachowywać wszystkie przepisane rozsądnym życiem odległości.

 

Scena ze spektaklu "Rewizor"

 

Uważa Pan, że w dzisiejszych czasach, w których każdy pędzi w jakimś nieokreślonym kierunku, jest wśród widzów wrażliwość na odbiór takich spektakli?

Szczerze mówiąc - nie wiem, gdyż nie rozumiem tych czasów…

 

Chcąc nie chcąc - jest Pan cząstką tych czasów…

W zeszłym roku we wrześniu, podczas przygotowań do spektaklu „Mistrz i Małgorzata Story”, już ósmy raz zastanawiałem się czy nie odejść z teatru, czy to nie będzie mój ostatni sezon. Zawsze pozostaje pytanie - czy rzeczywiście chcę realizować właśnie taki teatr. Obecne czasy są bardzo dziwne, w pewien sposób wyłamuję się z nich, gdyż nie podążam za newsami. Prowadząc zajęcia z młodymi ludźmi, dostrzegam, że nie potrafią oni często wypowiedzieć się własnymi słowami na dany temat. Gdy dostają do wygłoszenia tekst, to mają ogromny problem z komunikacją, z powiedzeniem tego, co czują. Nie mogę się z tym pogodzić. Wciąż czekam na widza stęsknionego prawdziwej, dramatycznej historii zapisanej w literaturze. Nie jestem zwolennikiem ciągłych eksperymentów, poszukiwania niewiadomo czego i w jakim celu. Nie rozumiem usilnego szukania widza, żeby tylko zapewnić odpowiednią frekwencję na widowni. Nie chcę takiego teatru, dlatego przez ten rok walczyłem z samym sobą. Zdobycie „Złotej Maski” w pewien sposób hamuje mnie od odejścia z teatru. Myślę jednak, że to dobrze, gdy człowiek zadaje takie pytania, bo trzeba być wobec siebie uczciwym.

 

Być może urodził się Pan w złej epoce…

Wiem tylko jedno - chciałbym zmieniać miejsce, w którym się znajduję, nie tylko ze względu na siebie, ale również biorąc pod uwagę dobro innych. Ważne jest, by szukać tego, co jest we wspólnym mianowniku dla wszystkich. We współczesnym świecie właśnie z tym mianownikiem jest największy kłopot. Dla każdego co innego znaczą podstawowe słowa, wartości.

 

Scena ze spektaklu "Szwejk"

 

Potrafiłby Pan wskazać wspólny mianownik, który by określał również Pana?

Tak. Po pierwsze: nie obrażać się, pracować z potem na czole, nie bać się krytyki, chętnie pomagać drugiemu, dbać o swoją kondycję wewnętrzną, kochać przyrodę, nie spóźniać się na próby, umieć zawsze tekst na pamięć! To są te rzeczy, które naprawdę ułatwiłyby mi życie, a jednak z ich realizacją niejednokrotnie jest kłopot.

 

Nie wierzę jednak, że zdobyte nagrody czy też pozytywne recenzje nie zaspakajają w pewien sposób pańskiej ludzkiej próżności. W innym wypadku oscylowalibyśmy w przestrzeni sztuki dla samej siebie, która być może nie miałaby szans przetrwania…


Ma Pani rację. Z drugiej zaś strony aktor, kiedy gra, dostaje w zasadzie natychmiast komentarz oceny - widz klaszcze albo nie. Nie jest prawdą, że dobra recenzja zmieni moje życie. Aktorstwo jest pasją, w której jest ogromna radość, determinacja, zmierzanie do celu, a z drugiej strony ból, samotność, niezrozumienie, zazdrość.

 

Jednak świadomy wybór…

Tu mnie Pani bierze pod włos (śmiech). Czy decyzja, którą podjąłem dwadzieścia lat temu, to był świadomy wybór? Tak, był! Zdawałem do Szkoły Aktorskiej trzy razy. Kiedy już zharmonizowałem swoje wnętrze, wiedziałem po co tam idę, to w końcu zdałem. Dziś nie ma znaczenia, za którym razem udało mi się to osiągnąć. Wiele osób z mojego roku już nie uprawia tego zawodu.

 

Trochę odbiegnę teraz od tematu, ale wspomniał Pan wcześniej o widzu jako mierniku oceny gry aktorskiej, więc może ma Pan jakąś wymarzoną reakcję widzów na spektakl?

Nie oczekuję niczego od widza. Może on ziewać, wstać i wyjść … Nie patrzę ilu jest widzów, ani ich nie widzę będąc na scenie. Obecnie jest taki trend, aby być z odbiorcą spektaklu bardzo blisko, by go w pewien sposób wyczuć. To jednak nie zwalnia aktora ze słuchania. Trzeba zauważać wytyczone granice, dostrzegać czy widz ma już dość czy jeszcze nie. Nie każdy aktor jest dobrym recytatorem i nie każdy konferansjer jest dobrym aktorem. To różne dziedziny zetknięcia z widzem. Kiedyś w Krakowie, jak grałem w teatrze, zdarzyło mi się, że na spektaklu dostałem mnóstwo oklasków. Później na tę samą sztukę zaprosiłem moich pedagogów, którzy nie wykazali żadnej reakcji. Taka lekcja naprawdę uczy pokory.

 

 

Jest pan rodowitym krakusem, związanym niegdyś z krakowskimi teatrami. Skąd zatem Bielsko i Teatr Polski na pańskiej drodze? Konieczność czy wybór?

W Bielsku-Białej mieszkała moja babcia. Co prawda już nie żyła, kiedy byłem na studiach, ale znałem to miasto z jej opowiadań. Później pojawiła się na mojej drodze choroba i konieczność opuszczenia Krakowa, który zabiłby mnie swoim wydzielającym dwutlenkiem i trójtlenkiem siarki. Musiałem uciekać. Dokąd? Do Bielska, gdyż było w miarę blisko i było mi znane.

 

Co zainspirowało Pana do założenia Studium Teatralnego w Bielsku?

To była pewnego rodzaju powinność. Zmiana u młodych ludzi, zachodząca w nich po przez wpływ teatru jest tak ogromna, że warto to robić. Nie chce, by uczniowie tego studium szli do szkół teatralnych, gdyż to jest za ciężkie życie. Moim celem jest wpojenie im zasad dobrego wychowania, uświadomienie im swojej kobiecości i męskości. To z pozoru błahe sprawy, które jednak przenoszą nas w inny świat. Moim zadaniem jest mówienie im o tym, po przez formę spektaklu. Teatr zmusza do dialogu i to jest coś fantastycznego. Nie można być dobrym aktorem, nie będąc dobrym człowiekiem.

 

Zaciekawiło mnie ostatnie wypowiedziane przez Pana zdanie. Rzeczywiście personalne cechy aktora idą w parze z jego grą sceniczną? Wydawało mi się, że te dwie rzeczy można od siebie oddzielić.

Znałem aktora z Teatru Dramatycznego w Warszawie, który był znakomitym aktorem, a nieciekawym człowiekiem. Chodzi o to, by aktor przez cały czas rozwijał się, poznawał siebie, opisywał rzeczywistość. Trzeba cały czas nad sobą pracować, cieszyć się życiem, wtedy aktorstwo przejmuje tę pracowitość, zaczerpniętą z życia codziennego. Zapytano kiedyś Zanussiego czy film może nawrócić człowieka. Oczywiście, że nie! Może jedynie poruszyć. Nawrócić może tylko i wyłącznie osobisty kontakt. Kim zatem jest aktor? Kimś bardzo ważnym!

 

Na koniec pytanie, które mnie intryguje - zastanawia mnie pański pseudonim artystyczny. Dlaczego Kuba? Wynika to z niechęci do prawdziwego imienia, które brzmi Zbigniew?

 

Bardzo nie lubię tego imienia. Od najmłodszych lat wszyscy mówili do mnie: Kuba. Nie znoszę imienia Zbigniew. Gubię się w tym i bardzo często podpisuję różne dokumenty imieniem Kuba. Zawsze był, jest i będzie Kuba!

 

I niech tak pozostanie!

 

Z Kubą Abrahamowiczem rozmawiała Katarzyna Handzlik.


Podziel się:
Drukuj strone
facebook wykop dodaj na grono ustaw opis gg poinformuj przyjaciół na blip.pl
zapisz się

Kalendarz koncertów, imprez i wydarzeń.

poprzedni miesiąc Maj 2012 następny miesiąc
Pn Wt Śr Cz Pt Sb Nd
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
Znajdziesz nas na
FacebookYouTubeGoldenLineNaszaKlasa



Copyright 2007-2010 e-Inkubator